niedziela, 02 listopad 2014 18:45

Zagramy z HRAP'em dla Patryka.

GK

Niezwykle szczery artykuł Eweliny Sadko o naszym podopiecznym, dla którego organizujemy mecz z Hokejowa Reprezentacją Artystów Polskich. Przeczytajcie i...otwórzcie 8 listopada serca i portfele. Rodzina potrzebuje tego bardzo......

Życie mnie nie oszczędza, wystawia na próbę każdego dnia. Padam z sił i podnoszę się, ale tylko dlatego, że nie mam innego wyjścia. Nie ma też czasu załamać się, a płaczę dopiero wtedy, gdy nikt mnie nie widzi – takimi słowami zaczęła rozmowę z dziennikarzami „Gazety Krakowskiej" Agnieszka Piotrowska, mama 6-letniego Patryka, wdowa od czterech miesięcy. Jej mąż zmarł na białaczkę. Teraz samotnie wychowuje syna, a opieka nad dzieckiem cierpiącym na autyzm wcale nie jest łatwa. Chłopiec nie mówi, jest nerwowy, zamknięty w sobie. Często reaguje agresją. Pomału poznaje świat, który go otacza.

Rodzice Patryka poznali się na studiach. Od początku między nimi zaiskrzyło. Pobrali się siedem lat temu. 28 stycznia 2008 roku na świat przyszedł Patryk. Wydawało się, że chłopiec urodził się zdrowy. Problemy zaczęły się, kiedy skończył 2,5 roku.

– Poszłam z nim do szczepienia. Dostał kilka szczepionek w jednej. Przed wizytą był radosny, śmiał się, biegał, dużo mówił. Następnego dnia nie był już tym samym dzieckiem – mówi mama chłopca. – Rano usiadł przed telewizorem. Oglądał bajkę. Zawołałam go, ale jakby wcale nie słyszał. Mąż wrócił z pracy i zdecydowaliśmy, że trzeba poradzić się lekarza, bo widocznie mały ma coś nie tak ze słuchem.

Diagnoza była ciosem. Autyzm. Lekarze nie mieli wątpliwości. Powiedzieli tylko, że trzeba nastawić się na ciężką pracę z dzieckiem.
– Pierwsze dwa lata, to był koszmar – mówi mama Patryka. – Miałam dziecko, ale było nieobecne, jakby nie moje. Zazdrościłam innym, że ich małe bąbelki przychodzą do rodziców, całują ich, tulą i uśmiechają się na ich widok. My tego nie mieliśmy – tłumaczy.

Rodzice nie zawsze radzili sobie z problemem.
– Mąż wieczorami płakał. Tak bardzo chciał, aby Patryk wyzdrowiał. Chciał pograć z nim w piłkę, pobawić się, nauczyć tylu rzeczy. Być dla niego najlepszym ojcem na świecie. Patryk traktował nas jak każdego innego, obcego. Nie okazywał uczuć, a kiedy my wychodziliśmy z taką inicjatywą, wpadał w złość – opowiada kobieta.

Walka o zdrowie syna stała się dla rodziców celem w życiu. Pani Agnieszka każdego dnia odwiedzała stowarzyszenia, fundacje, ośrodki pomocy, aby dowiedzieć się jak najwięcej i znaleźć lekarzy, którzy specjalizują się w pracy z autystycznymi dziećmi. Ojciec zarabiał, aby utrzymać rodzinę. Wieczory były jedynym czasem, kiedy małżeństwo mogło spędzić go razem.
– Siadaliśmy obok siebie i opowiadaliśmy, co słychać – mówi pani Agnieszka. – Ja mówiłam o postępach Patrysia, bo były coraz większe, mąż doradzał, co można jeszcze zrobić. Mimo choroby wszystko zaczęło się układać.

Wtedy przyszedł kolejny cios od losu.
– Mąż wrócił z pracy i był opuchnięty – mówi mama Patryka. – To było 1,5 roku temu. Pojechał do lekarza. Następnego dnia dowiedział się, że niebawem umrze – dodaje.

Mężczyzna zachorował na białaczkę limfatyczną. Miał odmianę odporną na leki.
– To był koniec świata. Wszystko się zawaliło. Plany przestały mieć znaczenie, marzenia były nie do spełnienia. Stałam się wrakiem człowieka, jednak cały czas starałam się tego nie pokazywać – wspomina pani Agnieszka, zalewając się łzami.

40-latek leczył się w krakowskiej klinice. Na oddziale onkologii spędził kilka miesięcy.
– Codziennie dzwonił i opowiadał, kto z oddziału zmarł – wspomina Agnieszka. – Z każdym odejściem pacjenta chorego na raka mąż tracił nadzieję na wyzdrowienie. Raz powiedział, że dziś zmarła 19-letnia dziewczyna z sąsiedniego pokoju i skoro tacy młodzi odchodzą, to on nie ma tym bardziej szans. Tłumaczyłam, że to wariackie myślenie, że popada w paranoję i że niebawem wróci do nas i wyzdrowieje.

Po powrocie do domu męża, pani Agnieszka przejęła wszystkie obowiązki. Opiekowała się nim, robiła zastrzyki, gotowała. Troski wymagał także Patryk. Do tego trzeba było zapalić w piecu, wrzucić węgiel do piwnicy, ogród wykosić, zrobić zakupy i iść na pocztę. Nie narzekała. Dwa tygodnie przed śmiercią męża w domu zapanowała całkiem inna atmosfera.
– Mąż przeczuwał, że niebawem odejdzie. Przez kilka dni mówił tylko o Patryku, o tym, żebym walczyła o niego, gdyby jemu się coś stało, gdyby odszedł. Obiecałam, że zrobię dla naszego dziecka wszystko.

Mężczyzna zmarł w czerwcu w oświęcimskim szpitalu. Jego osłabiony organizm nie miał sił zwalczyć niegroźnego dla zdrowego człowieka zakażenia.
– Po śmierci, przez dwa miesiące byłam odcięta od świata. Miałam wrażenie, że umarłam razem z mężem. Każda myśl skierowana była w jego stronę. Miałam żal do świata, uczucie niesprawiedliwości, rozpaczy – mówi Agnieszka. – Ktoś, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie zrozumieć, jaki to ból. Po kilku dniach płacz nie pomaga... nic nie pomaga... Chce się zamknąć gdzieś w pokoju, otoczyć zdjęciami i wrócić do przeszłości. Niczego bardziej się nie chce i człowiek zaczyna wariować, skupiać się tylko na złych rzeczach – opowiada.

Ratunkiem dla pani Agnieszki był syn.
– Kiedyś sam przyszedł do mnie i przytulił. To była najpiękniejsza chwila. Pocałował mnie i powiedział: mama – mówi przez łzy kobieta. – Zrozumiałam, że jest dla mnie całym światem i muszę dotrzymać słowa mężowi i walczyć o niego.

Chłopiec nie wie, że nie zobaczy już nigdy swojego taty. Widać, że tęskni, ale mama stara się wynagrodzić mu cierpienie.
– Nie pracuję i każdą chwilę spędzam z Patrykiem. Chcę dać mu jak najwięcej miłości i ciepła, bo tylko ode mnie teraz może to dostać – dodaje.

Czytany 961 razy